środa, 23 grudnia 2015



W prezencie pod choinkę dla mamy dla Ciebie e-booka i audiobooka książki, w której o Arturze między innymi jest słów kilka...
Książkę znajdziesz tutaj:

http://www.sc.org.pl/projekty/zostan_orlem/


A więcej o Akademii Orłów - dla kogo, dlaczego i po co... poczytasz także w DTS :)

sobota, 8 sierpnia 2015

Jestem szczęściarą

Jestem szczęściarą, bo mam obok siebie codziennie fantastycznego mężczyznę, dobre dziecko, chałupę nie obciążoną kredytem we frankach, kawałek ogródka, w którym rośnie mięta i tymianek i kilku przyjaciół, do których mogę zapukać o każdej porze. 
Jestem szczęściarą, bo nawet jeśli nie mogę kupić sobie wszystkich książek, które chciałabym przeczytać, mogę je pożyczyć. 
Jestem szczęściarą, bo nawet jeśli nie mogę pojechać w podróż dookoła świata, mogę objechać dookoła Polskę, a jeśli  uruchomię wolne moce przerobowe szarych komórek, pewnie da się tak zrobić, aby kiedyś objechać dookoła Europę.
Dobry Bóg pozwolił mi przeżyć mnóstwo szczęść i trochę trosk, dzięki którym jestem silniejsza i mądrzejsza. Codziennie (no prawie codziennie) przez moje myśli przewija się słowo: dziękuję. Za to, że mam, to co mam. 

Szczęściarzem jest też Stonej. Bez ściemniania. To, że po trzech latach od wypadku nie może chodzić, nigdy dotąd nie było i nadal nie jest jest dla niego powodem do nieszczęścia. Między innymi dlatego od razu wiadomo, że człowiek ma poukładane w głowie jak należy.

Szczęście nie zależy od tego czy można zdzierać podeszwy butów, czy nie.
Stonej ma zdrowe serce, ręce, oczy, ma mnóstwo talentów, całkiem fajną żonę, dobre dziecko, chałupę nie obciążoną kredytem we frankach, kawałek ogródka, w którym buduje polowy kominek, co kilka tygodni  ma zapas nowych książek wypożyczonych z biblioteki do przeczytania i autko, którym może można będzie kiedyś objechać wkoło Polskę, a może nawet Europę.

Nie jest to tak, że nie brakuje nam wspólnego chodzenia po lesie, śmigania na dwukołowych rowerach, zachwytów na tatrzańskich ścieżkach.
Brakuje.
Ale gdyby każda tęsknota miała czynić człowieka nieszczęśliwym, Ziemia byłaby planetą samych smutnych stworzeń.

Tęsknoty i marzenia - tak sobie filozofuję po nocy -  są po to, żeby oczekiwać na ich spełnienie i w miarę możliwości pomagać im się spełniać, a sposób podejścia do tęsknot i marzeń dzieli ludzi na szczęściarzy i na męczenników z wyboru.
Pierwsi goniąc marzenia cieszą się wszystkim co dobrego przynosi im codzienność.
Drudzy nie cieszą się niczym, bo najważniejsze jest dla nich to, że czegoś im brak.
Brak przesłania wszystko, czyli coś czego nie ma, przesłania coś, co jest.
Nielogiczni ci drudzy ;p

Będzie cudownie jeśli Artur będzie kiedyś znów mógł chodzić. Ufam ludziom rozwiązującym zagadki neurobiologii, którzy nad tym pracują, ufam w jego siłę, której ma tyle jak stąd do samego nieba. Ufam moim marzeniom.
Nie czekamy jednak na dzień,w którym Stonej samodzielnie pójdzie zdzierać podeszwy zamartwiając się, że być może trzeba jeszcze długo czekać.

Móc chodzić to piękna rzecz, Doceniłam to po Arturowym wypadku. Ale na szczęście nie jest to rzecz kluczowa. Jesteśmy szczęściarzami, bo wszyscy troje Kamieńscy, wiemy, że móc jeździć, to też fajna rzecz. Móc być i cieszyć się tym, to  rzecz genialna.
Wiemy to trochę dzięki sobie, trochę dzięki Madzi,
Magdaleno;) Dobrze, że jesteś.












poniedziałek, 15 kwietnia 2013

niedziela, 31 marca 2013

Kasia

Pięknych Świąt. I wiosny po świętach. Każdego dnia przez cały rok niech będzie wiosna w Waszych myślach, bo jeśli tam jest wiosna, to wszędzie wokół może być mróz, deszcz, wichura, a wszystko i tak jest cudne.
Miało być o Kasi i będzie, bo święto akuratne, aby Kasieńce dedykować tę chwilę składania liter w zdania.
Pomyślcie co może błądzić po głowie ślicznej, mądrej dziewczyny, która właśnie nabierała rozpędu w życiu na własny rachunek, w spełnianiu swoich marzeń, gdy poniżej ramion stało się elektrycznie cicho.

Jedna podróż autem, jeden niefart na drodze, który może zdarzyć się każdemu z nas i jedna z pierwszych myśli po przebudzeniu na szpitalnej sali, która ma prawo mieścić się w dwóch słowach: "koniec świata".

Kasiowy kręgosłup poddany przeciążeniom podczas wypadku samochodowego nie wytrzymał w tym miejscu, gdzie szyja zbliża się do ramion. Efekt: przestały działać nogi, brzuch, plecy, ręce... mogą też nie działać nerwy i mięśnie odpowiedzialne za oddychanie.
Cały organizm "wariuje". Skóra nie czuje dotyku, a w największy upał  trudno wytrzymać z przejmującego zimna. Neurologiczny ośrodek temperatury stracił łączność z "centralą" czyli z mózgiem.
Mamie Kaśki - Bogusi tuż po wypadku lekarze powiedzieli, że jej śliczna córka resztę życia spędzi w łóżku bez szansy na samodzielność. Mówili, że będzie wymagała troski jaką trzeba otoczyć noworodka z taką różnicą, że niemowlak wszystkiego się nauczy...
Gdy pierwszy raz zobaczyłam Kasię, latem 2012r.  w Tarnowskich Górach, mówiła szeptem, bo w tchawicy zrobiono jej dziurę dla respiratora. Bogusia woziła ją w dużym wózku, który zapewnia pozycję "fotelową". Słabiutkie ręce trudno było dźwignąć do góry.
Bogusia i Kaśka nie uwierzyły lekarzom. Dzięki temu, że nie uwierzyły, mogę dziś uśmiechać się na widok Kasiowych pisanek. Z  radością ślę dalej w świat jej dzieło. Dłonie Kaśki nie działają jeszcze tak jak u każdego, kto nie doznał "elektrycznej ciszy", ale wystarczająco dobrze, aby można było wyczarować spod palców takie piękności.


Kasia każdego dnia kilka godzin poświęca na trening mięśni, które miały nie działać, a jeden po drugim budzą się z ciszy. Nie spędza życia w łóżku, ani nawet na wózku elektrycznym zaprojektowanym z myślą o najdotkliwiej połamanych.
W ośrodku rehabilitacyjnym w Tarnowskich Górach, gdzie ludzie, których nazywano rehabilitantami odbierali jej nadzieję, rozpoczęła na przekór niedowiarkom  udowadniać, że wiedza medyków jest maleńka wobec wiary pacjenta.

A jednak kilka miesięcy pobytu w smutnym miejscu, Tarnowskich Gór okazały się potrzebne. Bez tego doświadczenia nie mielibyśmy siebie nawzajem.
Nie byłoby może potężnej dawki wiary i sił jaką Arturowi i Kaśce dał Wojtek.
Kasia w Bielsku - Białej postawiła już swoje pierwsze po wypadku kroki. Jeszcze nieporadne, jeszcze z pomocą, ale do przodu.
W gościnnym domu w Zakopanem ma małą siłownię: rotor - czyli rower z elektrycznym napędem, pionizator, domowej roboty kabinę z podwieszkami, dzięki którym można trenować każdy ruch eliminując opór tarcia.

Przez najtrudniejszy w życiu czas nie przebrnęła sama. Dzień w dzień jest z nią kochana mama, którą można byłoby wziąć za jej siostrę i Tomek, z którym Kasia chce stanąć przed ołtarzem. Jeśli będzie tak uparta jak jest dotąd - stanie.
Ojciec - ten jeden, jedyny - nasz wspólny, Niepojęty też jest.
Ziemski zawiódł. Ale zawsze jest coś w zamian, więc na Kasiowej drodze co chwilę pojawia się ktoś, kto staje się "drogowskazem".
Jest Wojtek. Jest poznana w Bielsku Iwona, która też przeszła przez elektryczną ciszę i przez beznadziejne rokowania a dziś chodzi wspierając się na zgrabnej laseczce w kwiaty.
Kasia też jest dla innych drogowskazem. Elektryczna cisza nie odebrała jej poczucia humoru. Umie żartować z tej ciszy, sama z siebie, błyskotliwie, pięknie.
Elektryczna cisza nie odebrała jej uroku - jest, jak była przed wypadkiem piękna, chyba nawet jeszcze piękniejsza.
Wiecie jaki jest najlepszy sposób na chorobę,  na niepełnosprawność, na każde arcy-trudne wyzwanie przed jakim stawia nas los? Traktując wyzwanie poważnie trzeba jednocześnie je oswoić i umieć się do niego uśmiechnąć.  Ci, którzy nad sobą płaczą, rzadko zdrowieją. Ci, którzy w siebie nie uwierzą,  raczej nie wstają z wózków inwalidzkich.
Arturowi, dzięki Kasi łatwiej było przetrwać trudny czas w smutnym miejscu Tarnowskich Gór.
Kasi - tak myślę  - dzięki Arturowi łatwiej było wykorzystać ten czas wbrew okolicznościom.
Tam, gdzie próbowano odebrać obojgu nadzieję, dawali ją sobie nawzajem w potężnych dawkach.

Kaśka - wierzę w to - też będzie kiedyś chodziła z odjechaną designerską laseczką jak Iwona.
Może zaprojektuje jakąś "męską" wersję designerskiej laseczki mojemu dzielnemu?
Obojgu pomaga 1%. 



sobota, 26 stycznia 2013

Carreras, Domingo, Romanowski;)

Luciano z zaświatów na pewno nie obrazi się, miał przecież poczucie humoru. José i Plácido też pewnie uśmiechnęliby się przyjaźnie do Wojtka - "tenora" rehabilitacji, który z elektrycznej ciszy, odbierającej zdolność panowania nad własnym ciałem, potrafi wydobywać "dźwięki".
Trudno mi było zabrać się do kolejnego wspomnienia. Już nie tylko dni, ale i noce za krótkie, aby zdążyć ze wszystkim.  Do czasu, którego brakuje dołożyły się wątpliwości: czy to potrzebne, czy warto.

Obudziła mnie Monika. Opowiadałam jej o Bielsku. O Wojtku, Kasi, Tomku, Dominice.
- To jest niesamowite. Powinnaś to wszystko pisać - powiedziała. 
Potwierdziła tylko to, co w głębi duszy od początku wiem: powinnam to wszystko pisać, bo sama takich historii szukałam. Historii -  "drogowskazów" dla Artura, Kasi, Adama, Anety, Aśki.  Jak radzić sobie z "elektryczną ciszą". Nie było łatwo znaleźć. Skoro nie było łatwo, więc jasne jest, że my powinniśmy za sobą stawiać "drogowskazy" dla innych.
Spróbuję. W zakamarkach dnia, albo nocy znajdę czas.

Ponieważ tę notkę zaczęłam od trzech tenorów, wypada przedstawić Wojtka Romanowskiego: dobry, ciepły, mądry człowiek. 
W jego głowie - encyklopedia wiedzy o  tym jak "dzieje" się każdy ruch i dlaczego czasem się "nie dzieje". W jego rękach - moc. Bez obrazy dla panów strongmanów, którzy jedną ręką potrafią pchnąć lokomotywę, ale żaden z nich nie potrafiłby spowodować aby ktoś, komu ucichły mięśnie, ruszył choćby krok do przodu. Wojtek to potrafi. 

Chyba wiem dlaczego potrafi. Nie tylko dlatego, że dużo wie. Prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, że wierzy, często wbrew opiniom lekarzy, że jego pacjenci odzyskają władzę w rękach, nogach, że  tym, którym cisza opanowała mózg, wróci jasność myślenia. 

Gdy w październiku 2012r. po raz pierwszy wróciliśmy od Wojtka z potężną dawką sił i nadziei, pomyślałam, że nie możemy tego zachować tylko dla siebie. Jeszcze zanim dotarliśmy do Bielska, trzymałam się jak ślepiec poręczy - myśli, którą nie pamiętam kto mi podpowiedział: ludzie wstają z wózków inwalidzkich, ale tylko ci, którzy wierzą, że wstaną.  Zaraz po niej pojawiała się sceptyczna konkurentka dobrej myśli: wszystko pięknie, tylko niech potwierdzi mi to ktoś, kto się na tym naprawdę zna. Doczekałam się. Już pierwszego dnia Wojtek postawił Artura na nogi. Kazał oprzeć ręce na poręczach chodzika. Sam usiadł na wózku inwalidzkim tuż za nim, dłońmi przytrzymał kolana i powiedział:
-No idź. Jak chcesz nauczyć się chodzić nie chodząc? Trzeba próbować chodzić, żeby nauczyć się chodzić.

Genialne. Przez ostatnie pół roku nikt nas w ten sposób nie oświecił.
Artur poszedł. Bez pomocy Wojtka nie dałby rady, ale nic to... Stawiał krok za krokiem i szedł przed siebie.
- A teraz wbij sobie do głowy, że chodzisz. Ty już chodzisz, tylko teraz trzeba pracować nad tym, żeby chodzić coraz lepiej - powiedział Wojtek.

Nie mogliśmy zostawić tego tylko dla siebie.
Dlatego dziś w Bielsku jest Kaśka i stawia swoje pierwsze kroki od lutego zeszłego roku. Od tego koszmarnego, zimowego dnia, gdy wsiadła w swojego opla tigrę, zrobiła autkiem "salto" zakończone poza drogą, a w jej nogach i rękach zaczęło być "elektrycznie" cicho.
Pisząc pierwsze słowa bloga i nadając mu tytuł, miałam plan, aby nie była to tylko historia Artura, bo niezłomnych jest więcej.
Następnym razem opowiem o Kasi.
Drogowskaz do Wojtka znajdziecie w zakładce "przyjaciele".

video